Archiwum 03 kwietnia 2009


kwi 03 2009 Kłótnia
Komentarze (5)

Zawsze byliśmy z Bogiem w takich w miarę pozytywnych stosunkach. Znaczy się nie było może jakiejś nadmiernej wylewności między nami, ale niechęci też nie było. Była to taka relacja nieco ambiwalentna. Na zasadzie: ja nie ruszam ciebie, a ty mnie. Jak między dorastającą córką, a jej przybranym niedawno ojcem. On jej nie mówi co ma robić i o której ma wracać do domu, a ona nie podważa przy wszystkich jego autorytetu. I się to jakoś kręciło i wszyscy byli jakoś tam z tego układu zadowoleni. Do ostatniego wtorku. We wtorek doszło do scysji i od razu było widać, że po kościach się nie rozejdzie. To było jak kłótnia małżonków. Ale nie taka wczesna, kiedy można jeszcze wszystko obrócić w żart i skończyć w łóżku, tylko taka raczej późna. Pełna pretensji i niepotrzebnych dygresji. Do niczego nie prowadzących i stopniowo przenoszących całość zagadnienia w rejony karczemnej awantury. Zaczęliśmy sobie zwyczajnie wymyślać. On mnie od głupków i frajerów, ja jemu od nierobów i pieniaczy, a temperatura wzrastała z każdą minutą. Myślę, że wyrzuciliśmy z siebie wszystko, co leżało nam na wątrobie już od dawna. Nie pominęliśmy żadnych pikantnych szczegółów. Żadnych drażliwych epizodów. Wytknąłem mu wszystko po kolei, od wypraw krzyżowych po epidemię stonki ziemniaczanej. On mnie najdrobniejsze nawet grzeszki, począwszy od pierwszej klasy szkoły podstawowej. To mnie wkurzyło. OK. Więc podglądałem dziewczynki idące do ubikacji jak miałem 10 lat. I co z tego? Jak to porównać do miliona niewinnych bizonów wybitych przez kolonistów na Dzikim Zachodzie? Już wtedy byłem bliski tego, żeby mu przylutować, ale się powstrzymałem. Poza tym siedziałem za daleko. A potem to już były tylko inwektywy. Obaj straciliśmy nerwy i daliśmy upust swojej wściekłości. Aż nie chcę cytować, co sobie dokładnie powiedzieliśmy. Tak czy owak koniec z przyjaźnią. Wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Niech więcej nie zaprasza, bo i tak nie przyjdę. I tym razem mam zamiar się droczyć dłużej niż ostatnio.

 

leppus_28   
kwi 03 2009 Prasa motoryzacyjna
Komentarze (3)

Jednym z najbardziej zakłamanych działów dziennikarstwa jest dziennikarstwo motoryzacyjne. Takiej radosnej i sterowanej odgórnie twórczości nie ma chyba nawet w „Gazecie Wyborczej”. Po pierwsze wiadomo, że gazety opisujące samochody, obecne na rynku polskim są częścią niemieckiego koncernu wydawniczego. I jako takie złego słowa nie mogą napisać o niemieckiej motoryzacji. A zwłaszcza tego, że niemieckie samochody już dawno zeszły na psy i jeżeli w czymś przodują to jedynie w kategorii usterkowości. Zawsze śmieszą mnie artykuły dotyczące japońskich samochodów, które się tam ukazują. Zaczynają się zwykle od słów: „istnieje opinia, iż jest to auto przysparzające problemy, ale czy jest tak naprawdę?”. A kończą stwierdzeniem, że „jednak nie jest tak źle jak się to nam wstępnie wydawało”. Do tego dodanych jest koniecznie kilka opinii. Jedna redaktora gazety, druga fachowca. Fachowiec nazywa się Józef Gwóźdź i jest znanym fachowcem, choć nie wiadomo dla kogo pracuje (możemy się tylko domyślać). Jest też opinia jednego z czytelników, też dziwnym trafem toczka w toczkę taka sama jak dwie poprzednie. Wszyscy wyrażają zgodnie swą negatywną opinię o samochodzie, który znajduje się na czele listy najchętniej kupowanych i najmniej awaryjnych w raportach rozmaitych niezależnych instytutów. Jest to wszystko manipulacja szyta tak grubymi nićmi, że trzeba być naprawdę mało inteligentnym, żeby jej nie wyczuć. Ale widocznie ludzie zaczytujący się takimi pismami nałogowo do mózgowców nie należą.

 

Drugą widoczną tendencją jest wciskanie ludziom wszystkiego, co tylko aktualnie się produkuje. To tak z dbałości o światowy przemysł motoryzacyjny jako taki. Każdy nowy samochód, który wychodzi to strzał w dziesiątkę. Każdy jest lepszy od poprzedniego. Każdy nowy model jest większy i przestronniejszy. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby wyprodukowali coś mniejszego. Jak żyję nie widziałem artykułu, w którym ktoś napisałby: „nowy Mercedes klasy C jest krótszy od poprzedniego”. Ilekroć wychodzi, jest dłuższy. Nie wiedzieć tylko czemu jak się porówna Mercedesa z lat 80-tych z tym obecnym to tamten jest o pół metra dłuższy. Kiedy się skurczył, skoro ciągle tylko rośnie? Nie jestem w stanie tego pojąć swym małym rozumkiem. Nie zdarzyło się też, żeby jakiś samochód wyszedł i był nieudany. Każdy jest coraz lepszy i piękniejszy, że w zasadzie za każdym razem powinniśmy sprzedać to co mamy i kupić to coś nowego. Żeby nie zostać w tyle. Przy czym komplementy, jakie można przeczytać o tym co wchodzi nowego, bywają zupełnie komiczne. Nowy Volkswagen Polo jest „niebywale przestronny”. Tak, o ile ktoś ma poniżej 160cm wzrostu. Najnowszy Renault Megane „zaskakuje komfortem i jakością wykonania”. Co proszę? Czym zaskakuje? Nie dosłyszałem... Po tym względem artykuły w tego typu prasie nie odbiegają w niczym od reklam proszków do prania. Każdy jest najlepszy.

 

Po trzecie natomiast wciska się nam, znaczy się Polakom, cały motoryzacyjny złom, którego Niemcy chcą się pozbyć. Zwłaszcza przemysł ten ruszył gdy zaczęło się nałogowe sprowadzanie do Polski samochodów zza zachodniej granicy. Wtedy to pisma motoryzacyjne, chcąc nam pomóc, z czystej dobroci serca, pospieszyły z wyjaśnieniami, co warto kupić a co nie. Przy czym szybkie przyjrzenie się tym wyjaśnieniom uświadamia nam, że warto absolutnie wszystko. Audi z połowy lat 80-tych to wciąż znakomite samochody. Skody z 1994 roku? Proszę bardzo. Rzecz solidna, wygodna i niezawodna. Praktycznie same plusy. Jeszcze mi się nie zdarzyło trafić na artykuł dotyczący jakieś 15-20-letniego szmelcu, który był fabrycznie obliczony na najwyżej 10 lat eksploatacji, w którym autor napisałby: „tego proszę jednak nie kupować”. Wręcz przeciwnie. Należy brać wszystko jak leci. Nawet jeżeli podłoga odpada, a układ kierowniczy zdradza tendencję do blokowania się na wyższych prędkościach. Wystarczy niezbyt kosztowna naprawa, trochę lakieru i wszystko będzie ok. Z Wólki Dolnej do Wólki Górnej nim dojedziemy. Albo do kościoła i z powrotem. I potem widzimy jak takie coś jedzie przed nami i się zastanawiamy, co z niego pierwsze odpadnie. Podziwiając jednocześnie odwagę szanownego kierowcy, który nie dość że sam się posadził za kierownicą, to jeszcze całą rodzinę wiezie ze sobą.

 

Ciekawe czy ci wszyscy „dziennikarze”, „fachowcy” od siedmiu boleści, po całym dniu ciężkiej pracy przy czymś takim są w stanie potem spokojnie usnąć? Albo spojrzeć sobie przed lustrem w oczy? Czy nie mają wyrzutów sumienia z powodu tego co robią? Widocznie nie mają...

 

 

leppus_28